Starostwo Powiatowe w Lublińcu
Zamek Lubliniec
Zespół Pałacowo-Parkowy w Koszęcinie - Siedziba Zespołu "Śląsk"
Pałac Ludwika Karola von Ballestrema w Kochcicach
Facebook Powiat Lubliniecki
Kontrast: AA
Czcionka: AAA
Odstępy:
09
WRZ
Rok 1848 w Lublińcu i okolicy

Rok 1848 w Lublińcu i okolicy

Jeżeli narzekacie na obecne czasy i koronawirusową rzeczywistość to przeczytajcie artykuł Arkadiusza Barona „Rok 1848 w Lublińcu i okolicy”. Tyfus głodowy, czerwonka i świerzb, nakaz izolowania chorych! W Lublińcu zarząd miasta musiał ustanowić dodatkowy zakład opieki nad chorymi na tyfus, ponieważ powiatowy lazaret był już przepełniony, sytuacja wymykała się spod kontroli. Skądś to znamy, prawda?

Rok 1848 był to ważny, brzemienny w skutki rok. W nas był to przede wszystkim kolejny, powszechnie tu już znany, rok niedostatku, rok strachu przed chorobą i śmiercią, rok walki z niewidzialnym, mikroskopijnym wrogiem. Dla wielu, którzy wszystko w tym roku stracili, musiał to być rok rozpaczy i beznadziei. Był to też rok modłów o dobrą pogodę, o pomoc w walce z chorobą, o życie, o plony, za dusze przedwcześnie zmarłych. Religia, jak zwykle w takich czasach, była ostatnim bastionem nadziei.

Wszystko było w tym roku: polityczna euforia i złudzenia, nadzieje, rozczarowania, wściekłość i bezsilność wobec kolei losów. I, jak zwykle i zawsze, był to rok upartego parcia do przodu, przełamywania problemów, kurczowego trzymania się życia i resztek dobytku. Byle do jutra! Byle do kolejnej wiosny! Byle przeżyć, jeśli nie sposób czegokolwiek ulepszyć. Wszak -  oprócz tego co tutaj – nie było nic!

Wszytko wydarzyło się  w tym roku w takiej koncentracji zdarzeń, że nasi przodkowie poczuli smak życia intensywniej, niż się to na co dzień zdarzało. Niektórzy z nich, np. ci którym przyszło żyć i być świadomymi w czasach napoleońskich podbojów, mieli bardzo wątpliwą okazję po raz wtóry zakosztować takiego, wybijającego z rytmu życia, zbiegu zewnętrznych zdarzeń. Świadomość okoliczności w jakich przyszło żyć tamtym pokoleniom jest dzisiaj w znacznym stopniu ograniczona do znajomości kilku, maksymalnie kilkunastu wydarzeń politycznych. Nie ukazują one dramatycznej sytuacji materialnej i zdrowotnej ówczesnych Europejczyków. Bo należy pamiętać, że kryzys, w którego kleszczach żyli mieszkańcy powiatu lublinieckiego w owym roku,  miał wówczas miejsce prawie wszędzie! A miejscami bywało i gorzej (np. w Irlandii). O ówczesnych, lokalnych dramatach nawet się nie wspomina, ponieważ ważniejsze są schematy i mity, które należy zaaplikować, powielić, i „uzasadnić”.  A codzienny mozół i bezdroża ludzkiej egzystencji...? Ludzie późniejszych epok, przyciśnięci własną codziennością, nie bardzo mają czas, czy ochotę na uświadamianie sobie i przeżywanie dawnych trosk.

1848 to był generalnie bardzo nerwowy rok. W naszej okolicy naznaczony był chorobami i związanymi z nimi, licznymi przypadkami śmierci, trzecimi z kolei złymi zbiorami, licznymi kradzieżami połączonymi z napadami na gospodarstwa i ludzi, włamaniami, znajdowaniem zimą zamarzniętych zwłok, narastającym żebractwem i włóczęgostwem, dużą liczbą porzuconych dzieci, wiadomościami o rewolucji i walkach w całym znanym świecie, przemarszami wojsk i wprowadzeniem stanu oblężenia w całej monarchii pruskiej (w związku z rewolucją właśnie). I w tym wszystkim byli ludzie tacy jak my, ze wszystkich warstw,  usiłujący wykonywać poprawnie swoje codzienne powinności lub tylko walczący o swój codzienny chleb, o przetrwanie i stworzenie przyszłości dla swoich dzieci. Niczym w tych wymiarach nie różnili się od nas.

Rok ten nie zapowiadał się dobrze. Żniwa 1847 roku nie były fatalne, ale za to zbiory ziemniaków, już drugi raz z rzędu, całkowicie się nie udały z powodu zarazy ziemniaczanej. O sytuacji tej pisze w lutowym Kreisblacie (Gazecie Powiatowej), starosta Kościelski:

Te fatalne okoliczności głęboko odczuwają głównie ci mieszkańcy powiatu, którzy zmuszeni są utrzymywać się z pracy dniówkowej. Wieloletni niedostatek zdrowej i pożywnej żywności pogrzebał zdrowie znacznej części mieszkańców powiatu, osoby chore, niezdolne do pracy i osierocone dzieci włóczą się tłumnie dookoła. O tej porze roku jedyna możliwość zatrudnienia dla zdrowych mężczyzn ogranicza się niemal wyłącznie do pracy przy wyrębie lasu z czego jednak ojciec rodziny nie jest w stanie utrzymać żony i dzieci. Dlatego z dnia na dzień wzrasta liczba osób zwracających się do lokalnych ośrodków pomocy dla biednych.

Duża część z owych nieszczęsnych żebraków, wagabundów, niezdolnych do pracy, osieroconych dzieci i wdów zgłaszało się do biura starosty. Oczekiwaniom tych ludzi oczywiście starosta sprostać nie mógł (i dzisiejszy starosta pewnie nie mógłby!). Dlatego podjęto inicjatywę powołania w Lublińcu stowarzyszenia na rzecz ubogich i organizacji imprez charytatywnych, z których dochód przeznaczono by na potrzeby najuboższych. Do walki z biedą włączyła się też morganatyczna żona Fryderyka Wilhelma IV, księżna legnicka, która na ten cel przysłała pieniądze.

W listopadzie i grudniu 1847 roku śnieg prawie zupełnie nie padał. Pod względem temperatury listopad był łagodny, za to w grudniu przyszły znaczące mrozy. Przy braku pokrywy śnieżnej obawiano się o stan wysianych ozimin. Podziwiano za to niezwykłe światło księżyca wieczorem w piątek 17 grudnia 1847 r.  Trudno dojść co to mogło być – pełnia w tym miesiącu przypadała dopiero na wtorek 21 grudnia. Ale urzędnik lubliniecki, opisując warunki pogodowe w okolicy miasta w raporcie za listopad i grudzień 1847, uznał za godne uwagi odnotowanie takiego fenomenu. A jak to przyjęli starzy owczorze z okolicy i mądre „baby”od zamawiania chorób i odczyniania uroków? Z pewnością je komentowano.

Styczeń i pierwszy tydzień lutego też były bardzo mroźne. Mróz trzymał, zabijając kilka osób  m.in. w Jeżowej, w Lubecku, Lisowicach, Zwozie, czy Szemrowicach.  W większości byli to przedstawiciele biedoty wiejskiej – Einliegerzy – komornicy, chłopi bez ziemi i domu, którzy musieli wynajmować pojedyncze izby w gospodarstwach bogatszych mieszkańców wsi i zarabiać jako owi, wspomniani przez starostę, robotnicy dniówkowi (tzw. Tagelohnerzy). A że okazji do zarobkowania w tym trudnym czasie było niewiele, to sytuacja tej kategorii ludzi była straszna. Tu walczono o kąsek strawy z dnia na dzień. Jedną  z zamarzniętych osób, znaleziono w Lisowicach z sankami, na których nieszczęsny zmarły wiózł do domu końskie mięso.

Reszta lutego przebiegła pod znakiem ocieplenia i odwilży. Wiosna była raczej ciepła i dogodna dla zasiewów i uprawy pól. Maj i czerwiec zaoferowały także znośną pogodę i cieszono się z obfitych rozmiarów kłosów zbóż. Nawet ziemniaki zdawały się być zdrowe – nie było plam na nich i oznak zepsucia, takich jakie występowały w poprzednich dwóch latach. Ale za to był to przednówek, czyli najgorsza pora roku na dawnej wsi – zapasy były na wyczerpaniu, a na polach, łąkach i w lasach nic jeszcze nie wyrosło. W związku z tym, jak również w związku z końcem zimy, rozpoczął się okres intensywnych, mniejszych i większych kradzieży, napadów i przypadków porzucania dzieci. Najpowszechniejsze były drobne kradzieże żywności. Ulubionym łupem bardziej zuchwałych złodziei były konie. W drugiej kolejności krowy, a na końcu wszelkie inne dobra, które można było spieniężyć lub zjeść. Niektóre ze skradzionych sztuk bydła zabijano na miejscu, a mięso zabierano. Tak stało się z jedyną sztuką bydła Aleksandra Hadzika z Piasku w kwietniu 1848. Czasami włamania miały zbójecki charakter np. Walkowi Kubankowi z Miotka po to tylko włamano się do obory, aby dźgnąć nożem dwie krowy i wołu. Zwierzęta trzeba było dobić. Na drogach rabowano podróżnych z wszystkiego co mieli. Na szczęście tego typu przestępstw było bardzo mało. Kto kradł? Niewielu ze złodziei potrafiła ująć ówczesna policja. Byli to różni ludzie - miejscowi biedacy lub specjaliści od przemytu, uboga ludność polska z Kongresówki. Głównie młodzi mężczyźni poszukujący szybkiego i wielkiego zarobku.

Na wiosnę odnotowano przypadki zatrucia grzybami. Pisano o smardzach, ale te przecież są jadalne! Być może zjadano zbyt wiele piestrzenicy kasztanowatej, która do smardzy jest podobna i występuje w lasach już od marca. Starosta uznał za konieczne przypomnieć ludziom, aby uważali na grzyby – długo je obgotowywali, suszyli oraz przed zebraniem dokonywali prób smakowych – gryzące, szczypiące smaki były znakiem grzybów trujących.

Wszystkie te zjawiska miały ścisły związek z biedą. Z rozpaczliwej biedy wynikały też rzadkie przypadki porzucania dzieci. Np. w szkółce leśnej, w kokockich lasach, jedna z matek, której – jak zeznała ona sama żandarmowi Schinkowi - zabrakło czegokolwiek do życia, przywiązała swoje dwuletnie dziecko do młodej sosny i pozostawiła. Dziecko zmarło z wychłodzenia i głodu. W tym samym czasie ojciec rodziny usiłował cokolwiek zarobić w sąsiednich powiatach. Podobny przypadek miał miejsce na granicy Wędziny i Borek. Tym razem jednak to owdowiały ojciec porzucił dziecko w mrowisku. Był to parobek, któremu akurat zatrudniający go gospodarz, postawił warunek, że utrzyma pracę, jeśli odda dziecko krewnym żony. Mieszkańcy Borek znaleźli kwilącego w kopcu mrówek chłopca. Nie wiadomo jednak, czy doznane obrażenia i głód pozwoliły mu przeżyć kolejne dni.

Zimą i na przednówku nasilił się tyfus głodowy zwany wówczas często gorączką nerwową – chorobą brudnych rąk. Rudolf Virchow (1821-1902), sławny niemiecki patolog, który przebywał wtedy na zlecenie rządu na Górnym Śląsku napisał, że choroba przyszła z Czech i Galicji, gdzie oznaki niedostatku wystąpiły już wcześniej. W lutym informował starosta Kościelski, że w okolicy naliczono 237 chorych na tyfus. Najwięcej w Kochcicach, Główczycach, Lisowicach, Warłowie, Zborowskiem, Zwozie i w samym mieście.  Choroba była tak groźna że zabijała nie tylko biedotę. Zmarł od niej w dniu 19 lutego proboszcz lubliniecki ksiądz Wittkowitz. Burmistrz lubliniecki, Joschonnek także zmarł na tyfus. Doktor  Hermann Schäfer z Wrocławia, który przybył do swego przyjaciela Schindlera, właściciela majątku cieszowskiego, aby na jego prośbę zająć się chorymi, zmarł zarażony przez swoich podopiecznych w dniu 1 kwietnia. Gdy przybył, we wsi było 50 osób chorych. Wyleczył 41 z nich! Szlachetny doktor zaoferował swoje usługi powiatowi nieodpłatnie. Był jedynym synem sekretarza sądu krajowego z Raciborza. Do tyfusu doszła czerwonka i świerzb – typowe choroby wynikające z braku higieny. W samym Lublińcu zarząd miasta musiał w marcu ustanowić dodatkowy zakład opieki nad chorymi na tyfus, ponieważ powiatowy lazaret był już przepełniony. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Starosta napisał w specjalnym obwieszczeniu:

Żądam z naciskiem od władz lokalnych ciągłego uświadamiania sobie ogólnych zasad, dzięki którym można  owo zło (choroby zakaźne) ograniczyć oraz zapobiegać ich narastaniu. 

Generalnie wzywał do udzielania chorym stałego wsparcia i pociechy, przestrzegania zasad ich izolacji oraz zasad dezynfekcji pomieszczeń. I, co ważne, narzucał lokalnej policji i wiejskim urzędnikom, aby zwracali szczególną uwagę na zachowywanie mieszkań w stanie czystym (tyfus i czerwonka to choroby brudnych rąk!), zmuszania ludzi do częstego ich wietrzenia oraz do wyrzucania starych sprzętów z pomieszczeń, gdzie byli chorzy.

Łatwo było to powiedzieć i napisać, ale trudniej wykonać – na dworze panował do początku lutego tęgi mróz. W domach, wraz z ludźmi, często w jednej izbie, mieszkały kury, cielęta, kozy a nawet gdzieniegdzie krowy! W takich warunkach rodziły się niemowlęta, szykowano i spożywano posiłki. Jeśli ktoś zachorował, to w ogóle nie było go gdzie położyć. Najgorsza sytuacja była w rodzinach komorniczych i parobczańskich. Same ówczesne domy, zawilgocone licznymi wyziewami z parujących kuchni, oddechów ludzi i zwierząt, bez możliwości bieżącego oczyszczania, były idealnym środowiskiem dla chorób zakaźnych, które wówczas się u nas pojawiły. Bogatsi gospodarze dysponujący dodatkowymi pomieszczeniami mogli przynajmniej stosować się do nakazu izolowania chorych!

Niewielką poprawę przyniosło lato, a potem jesień. Liczba chorych i zmarłych ustabilizowała się i następnie zmniejszyła. Lipcową suszę wynagrodziły sierpniowe deszcze i żniwa autor raportów okresowych magistratu lublinieckiego uznał za udane. Pogoda w pierwszych jesiennych miesiącach umożliwiła zebranie ziemniaków i zasiew ozimin, co oceniono bardzo wysoko. Nie zaszkodziły temu umiarkowane i sporadyczne przymrozki w październiku. Zima przyszła w roku Wiosny Ludów bardzo późno – dopiero w grudniu, ale od razu z mrozami do 25 stopni poniżej zera i co gorsza trzymała do stycznia kolejnego 1849 roku. Za to luty bardziej przypominał wiosnę aniżeli zimę. Wszystko to jednak nie zapowiadało ponownie łatwego przednówka. W raportach okresowych za miesiące wrzesień i październik w Lublińcu napisano:

W obecnych warunkach poziom życia w okolicy ogólnie obniża się. Słyszane są powszechnie skargi związane z zastojem w handlu i rzemiośle. Ostatecznego zakończenia tego fatalnego okresu oczekuje się  wytęsknieniem.

Tymczasem przez cały rok1848 przetaczała się po Europie fala rewolucji. Na naszym obszarze nie miała tak gwałtownego przebiegu jak w wielkich miastach, ale też odbijała się ostro na nastrojach i postawie miejscowej ludności.

Arkadiusz Baron

Magazyn Społeczno-Kulturalny nr 1/2020

Opublikował/a:
Mirosław Włodarczyk
Kategoria:
Wydarzenia
Dodano: 14:49:18
Środa 9 września 2020
Link publikacji:
Link
e-mail: sekretariat@lubliniec.starostwo.gov.pl
strona: www.lubliniec.starostwo.gov.pl
telefon: (34) 351 05 00, faks: (34) 351 05 11
STAROSTWO POWIATOWE W LUBLIŃCU
ul. Paderewskiego 7, 42-700 Lubliniec
woj. śląskie, NIP: 575-16-47-348